W Mediach

Gazeta.pl (11-04-2008), Maciej Nowak

Wyborcza.pl logo
Dokument źródłowy

Jeśli wcześniej nikt wam nie podpowie, jak tu trafić, będziecie się kręcić w kółko i Kubusia nie znajdziecie. To pewne. Ukrył się na dziedzińcu wielkiego budynku mieszkalnego na Gocławiu i z zewnątrz nie prowadzi doń ani jeden szyld, ani jedna informacja. A mimo to, gdy wpadłem tu kilka dni temu, wszystkie stoliki były zajęte, a kolejka przy barze nie zanikała ani na chwilę. Ogórkowa na miejscu, fasolowa na wynos, podudzia drobiowe pieczone i schab pieczony w sosie myśliwskim na miejscu. Do tego surówka, marchewka na ciepło, kasza lub ziemniaki. I znowu: fasolowa na wynos, dwa razy mielony zapakować i naleśniki z powidłami, śmietaną i czekoladą na miejscu. I tak bez końca.

O prozo polskiego obiadku, zwanego przez nowomodnych lunchem. Zawiesista tyś, gęsta, brunatno-beżowa z przygaszoną nutą pomarańczowej marchewki. Rozjaśniona złocistością ziemniaczanego puree i zabielona kwaśną śmietaną. I lecząca wyrzuty sumienia bukietami surówek. Gdzieś tam w centrum snobują się na sałatki i makarony, tutaj na Gocławiu, z dala od mediów i wielkomiejskich klimatów, jest swojsko i nostalgicznie. O Kubusiu usłyszałem od M., który prowadzi jedną z najmodniejszych i najlepszych włoskich restauracji naszego city. Tam zarabia pieniądze, tam udziela wywiadów kolejnym telewizjom, tam podejmuje gwiazdy show-biznesu i polityki. Ale na rodzinne obiady przyjeżdża z żoną właśnie do Kubusia. I złości się, że wczesnym wieczorem wybór dań jest już bardzo ograniczony. Wszystko bowiem przygotowywane jest na bieżąco i, gdy jakieś danie szczególnie przypadnie do gustu klientom, nie da się go po prostu wyciągnąć z zamrażarki. Trzeba czekać do następnego dnia na świeżą dostawę produktów.

Wizyta krytyka kulinarnego w miejscu takim jak Kubuś przypomina wdarcie się intruza do przestrzeni bez mała rodzinnej. Wszyscy tu się znają, witają serdecznie, pytają o zdrowie. Również ekspedientka orientuje się w przyzwyczajeniach klientów, doradza, podpowiada, zdecydowanym tonem zamawia z zaplecza kolejne porcje. – Zabrakło wątróbki! Dajcie kilka porcji schabu! Proszę trzymać ten pojemnik poziomo, żeby sos nie wybrudził pani kanapy w samochodzie. W tym klimacie zadomowienia nieco straciłem rezon. Ludzie przychodzą tu zjeść w trakcie ciężkiego dnia pracy, a nie kręcić nosem nad gastronomicznymi dziwactwami. Dlatego też, jak na moje obyczaje, zjadłem bardzo niewiele, bojąc się, że większe zamówienie może wzbudzić słuszny gniew gocławskiego ludu. Ale za to cały posiłek był pierwszorzędny.

Przede wszystkim dwie solidne zupki: ogórkowa i fasolowa. Ta pierwsza pachniała mocno włoszczyzną, smakowała ogórkowym kwasem i pełna była pokrojonych w kostkę ziemniaków. Ta druga miała silny aromat wędzonki, a oprócz fasoli i ziemniaków taplały się w niej również kawałeczki wędlin i mięs. Z największą radością zjadłem też wieprzowego kotleta mielonego, który spłynął na mój stolik prosto z patelni, dzięki czemu był na zewnątrz chrupki, a środku soczysty. I po raz kolejny potwierdził moje głębokie przekonanie, że polski mieleniak to najwyższa forma smażonego kotleta. Mimo głębokiego zawstydzenia zdecydowałem się stanąć raz jeszcze w kolejce do baru, by zamówić żołądki drobiowe. Oskoma okazała się silniejsza od zażenowania, a gulasz z żołądków absolutnie wybitny i dosmaczony duszonymi warzywami.

Nie obiecuję, że będę przyjeżdżał tu na obiadki regularnie, bo w końcu za taksówkę trzeba zapłacić dwa razy więcej niż za same potrawy, ale gdy los pogna mnie na Gocław, z pewnością nie odmówię sobie tutejszego mielonego. Z marchewką z groszkiem.

Kubuś, ul. Abrahama 18 (róg Fieldorfa), tel. 022 673 33 88, czynne od poniedziałku do piątku od 11 do 19, w soboty do 17. Nie można płacić kartą.